Chiang Mai w listopadowe przedpołudnie przywitało nas piękną pogodą. Trzeba przyznać, że mogłyśmy się nią cieszyć przez cały pobyt. Wysoka temperatura jak na tamten region i porę roku nie spadała nawet w nocy i na całe szczęście cieplejsza odzież nie była potrzebna.

 

Na północy kraju spędziłyśmy zaledwie kilka dni, ale za to jakże intensywnych. Jednym słowem harmonogram pękał w szwach 🙂 Aby ze wszystkim zdążyć, jeszcze przed przylotem zdecydowałyśmy się na skorzystanie z pomocy lokalnego agenta, który zajął się organizacją atrakcji, na których nam najbardziej zależało. Istniała bowiem obawa, że może nie być dla nas miejsca, gdy przyjedziemy do miasta.

 

CHIANG MAI

Po zakwaterowaniu w hotelu i rozmowie z agentem, ruszyłyśmy na zwiedzanie okolicy i pięknych świątyń.

  • Pan On
  • Samphao
  • Pan Tao
  • Monk Chat
  • Phra Sirgh

Po pysznym lunchu (sałatka z zielonej papai z orzechami – coś niesamowitego), udałyśmy się do świątyni na górze, czyli Doi Suthep Temple. Cóż to była za wyprawa…

Złapałyśmy jedną z czerwonych taksówek, której kierowca praktycznie nie mówił po angielsku. Zdarza się, przecież nie każdy musi być poliglotą 🙂 Znalazł jednak rozwiązanie dla swojego problemu – podróżował z synem, może 7-letnim, który trochę bardziej ogarniał język obcy. Na wstępie uzgodniłyśmy cenę przewozu za przejazd w dwie strony. Tylko w kraju Tajów wszystko jest elastyczne i zmienne (jak mawiał nasz przewodnik „same, same, but different”). Byliśmy już w drodze, gdy chłopczyk powiedział nam, że zmienili zdanie i zawiozą nas tylko do Chiang Mai University, gdzie możemy złapać dalszy transport.

Dobrze, że przed wyjazdem zdążyłyśmy się posilić, ponieważ kolejny kierowca czekał, aż zbierze się grupa 10 osób, aby udać się do świątyni. Cierpliwość cierpliwością, a czas płynął. Skończyło się na wynajęciu kolejnej taksówki, która odwiozła nas już potem praktycznie pod same drzwi hotelu 🙂

 

 

Świątynia jest naprawdę warta zobaczenia – przepiękne złocenia, posągi, widok z góry na okolicę oraz możliwość otrzymania błogosławieństwa mnicha (szczęścia nigdy za wiele 🙂 ).

 

 

 

 

KOLEJNE DNI PEŁNE WRAŻEŃ

Zbliżył się weekend, a wraz z nim kolejne punkty naszego harmonogramu, czyli:

  • Elephant Nature Park
  • trek do Lahu Hill Tribe Village i nocleg w chatce z bambusa
  • trek do wodospadu
  • white water rafting

Wyruszyłyśmy rano z naszym przewodnikiem Tommy’m, który przyjechał Toyotą z otwartym tyłem, więc w czasie jazdy było w miarę chłodno i upał nie dawał się tak mocno we znaki. Po drodze do rezerwatu słoni wstąpiliśmy na lokalny targ, aby zaopatrzyć się w produkty na kolację i śniadanie. Przy okazji odkrywając pyszną ryżową przekąskę – sticky rice with banana. Aż ślinka cieknie na samo wspomnienie…

 

 

ELEPHANT NATURE PARK

Wybrałyśmy taki ośrodek, gdzie nie jeździ się na słoniach, ale spędza się dzień w ich towarzystwie, karmiąc je, opiekując się nimi, obserwując te duże ssaki. W parku znajdują się głównie słonie uratowane lub po wypadkach – jedna słonica była ranna w wyniku wybuchu miny, więc teraz wreszcie odnalazła spokojną przystań.

 

 

W czasie naszego pobytu w ośrodku przebywało ponad 40 zwierząt, w tym 5-6 maluchów, które śmiesznie wyglądały z lekko owłosionym ciałem, takim jakby irokezem (włosy z wiekiem ulegają skróceniu, więc na dorosłym osobniku nie są tak widoczne) I były bardzo ciekawskie – chciały wchodzić do budynków przez wąskie drzwi. Sprawdzały, czy się zmieszczą. Odpowiedź – niestety nie 🙂

 

 

W ośrodku wyświetlano film o tresurze słoni i całej procedurze poskramiania ich. Niestety prawda była przerażająca i rzadko którakolwiek osoba zostawała do końca. Dla mnie również ogrom cierpienia tych zwierząt był nie do wytrzymania i wyszłam zalana łzami z seansu. To było naprawdę makabryczne. Jak można tak krzywdzić te piękne olbrzymy? ?

 

 

Dla mnie osobiście było to niesamowite przeżycie móc spędzić z nimi tyle czasu. Dzień zaczęłyśmy od karmienia i spaceru po farmie, podczas którego nasza przewodniczka opowiadała nam historie poszczególnych zwierząt, często tragiczne, gdzie wina zawsze leżała po stronie człowieka! Natomiast po pysznym wegetariańskim lunchu kąpałyśmy słonie w rzece. Mam nadzieję, że dla naszego słonia był to taki sam fun jak dla nas 🙂

 

 

 

TREKKING DO LAHU HILL TRIBE VILLAGE

Początek naszej wspinaczki był mało obiecujący, ponieważ szliśmy przez wioskę leżącą u podnóża góry. Wydeptaną drogą, więc gdzie nasza wymarzona dzicz??? Na szczęście potem zaczęliśmy zagłębiać się w las i było w miarę OK. Wilgotność duża, widoki takie sobie, a my miałyśmy iść ubitą, piaszczystą drogą… Gdzie ten busz??? Zacisnęłyśmy zęby i ruszyłyśmy pod górę, po chwili zostawiając przewodnika z tyłu, bo nie potrafił dotrzymać nam kroku. Wykończyłyśmy go i dostałyśmy przydomek „super ladies”. Powiedział nam, że po raz pierwszy coś takiego mu się przydarzyło, bo zwykle zagraniczni turyści płaczą albo odmawiają dalszej wspinaczki, a my jak tarany parłyśmy do przodu w poszukiwaniu lepszych widoków 🙂

Co jakiś czas słyszałyśmy za nami wyrażenie wypowiadane umęczonym głosem „Oh my Buddha, oh my Buddha”, kiedy Tommy łapał oddech. Wtedy to grzecznie czekałyśmy, aż do nas dołączy, a raczej doczłapie. Stwierdziłyśmy, że zostawienie przewodnika daleko z tyłu nie jest najlepszym pomysłem, skoro niósł nasze jedzenie ? Założę się, że marzył o cofnięciu czasu do momentu wyjazdu z parku słoni, w którym byłyśmy w klapkach. Może w sandałkach byłybyśmy wolniejsze niż w obuwiu trekkingowym 🙂

 

 

Gdy zbliżałyśmy się do wioski, postanowiłyśmy zachować się ładnie i zaczekać na Tommy’ego, aby mógł wejść jako pierwszy i nie najadł się wstydu jako mężczyzna ? Choć z drugiej strony mijało nas kilka osób na skuterkach, więc sądzę, że fama i tak poszła w świat. Koniec końców sam nas przepuścił i powiedział, żeby zaczekać na niego na szczycie przy chatce z bambusa. I tak też uczyniłyśmy, korzystając z okazji, aby zrobić krótką sesję w promieniach zachodzącego słońca.

W wiosce spałyśmy w chatce z bambusa i miałyśmy duże szczęście, bo nie musiałyśmy dzielić jej z innymi turystami. Jeśli chodzi o warunki, to można je nazwać polowymi. Zero elektryczności, zimny prysznic i gotowanie przy latarce na ognisku (przepyszny kurczak w curry)… Kochany bracie dziękuję jeszcze raz za twoją czołówkę – życie nam w Tajlandii ratowała ?

Wieczorem po kolacji siedzieliśmy na tarasie, poznając historię lokalnych plemion i kulturę Tajlandii. Tommy myślał, że będziemy chciały się wyspać rano po poprzednim dniu pełnym wrażeń, ale znów go życie zaskoczyło, kiedy o 6:30 byłyśmy już na nogach gotowe do działania. Chcąc nie chcąc musiał wcześnie zacząć dzień.

 

 

 

Tym razem szłyśmy szlakiem biegnącym wśród zieleni, więc zdecydowana poprawa w porównaniu z ubitą drogą z dnia poprzedniego. Biłyśmy rekordy – zwykle droga do wioski zajmowała turystom 2-2,5 godziny (nam 1,5), a zejście w dół 1,5 godziny (w naszym przypadku 45 minut), więc Tommy nadal przepuszczał nas przodem, przez co miałyśmy okazję zrobić dużo zdjęć w oczekiwaniu na jego pojawienie się. Uwieńczeniem zejścia był piękny wodospad i zero turystów, czyli to, co najbardziej lubimy. Miałyśmy okazję popływać na spokojnie, zrelaksować się, zanim ruszyliśmy w drogę powrotną biegnącą wzdłuż strumienia.

 

 

 

WHITE WATER RAFTING

 

 

Po krótkim szkoleniu otrzymałyśmy mało sexy kapoki i kaski oraz wiosła. I tak wyposażone mogłyśmy zająć miejsce w przygotowanych pontonach. Jak zwykle małe współzawodnictwo się w nas włączyło i już na pierwszym etapie nasza ekipa wyprzedziła pozostałe pontony. Ale był fun – trasa biegła wąwozem wśród pięknej zieleni ? Założę się, że w porze deszczowej jest jeszcze lepiej i adrenalina rośnie. Jedyne, co mnie nie przekonywało do dłuższej kąpieli w rzece, to węże wodne.

 

 

Po powrocie do Chiang Mai udałyśmy się na masaż w salonie znajdującym się niedaleko naszego hotelu, gdzie za 180TXB (wówczas równowartość około 18,00 zł) miałam godzinny masaż tajski, po którym mięśnie były w pełni zrelaksowane. To mi się chyba najbardziej w tym kraju spodobało – masaże w przystępnej cenie 🙂 Natomiast wieczór zakończyłyśmy wizytą na nocnym bazarze, gdzie zjadłam przepyszny ryż z rodzynkami i krewetkami serwowany w ananasie. Coś niesamowitego.

 

 

CHIANG MAI

Przez kolejne kilka dni atrakcji w naszym grafiku nie brakowało:

  • ziplining w Jungle Flight – tylko czemu tak krótko ?
  • zwiedzanie Wat Chiangman
  • zajęcia z gotowania – prawie 5-godzinna przyjemność w szkole Asia Scenic. Nauczycielka była rewelacyjna i w przystępny sposób prezentowała nam tajniki tajskiej kuchni. Mieliśmy okazję przygotować 5 dań:
    • cashewnut stir fried chicken
    • spring roll
    • panang curry pasta
    • panang curry
    • sticky rice with mango

Na zakończenie zajęć każdy uczestnik otrzymał książkę kucharską, aby po powrocie do kraju móc przygotować ulubione tajskie potrawy. Bardzo fajne doświadczenie 🙂

 

  • wizyta w Tiger Kingdom ostatniego dnia – niesamowite są te ogromne koty. Zdaję sobie sprawę, że na pewno były na jakiś środkach uspokajających, bo w naturze tygrysów ospałość i bezruch raczej nie leżą, ale i tak było to niezapomniane wrażenie. Obie kochamy koty, a jak na razie to była jedyna możliwość, aby przebywać z nimi i dotknąć prawdziwego drapieżnika.

 

 

  • wizyta w Thai Silk Village – dowiedziałyśmy się w fabryce jedwabiu, jak powstaje jedwab oraz jak odróżnić wysokiej jakości produkt od tańszych, chińskich (podpalając prawdziwy jedwab czuć spalone włosy).

 

 

GOLDEN TRIANGLE

Wycieczka całodniowa do Złotego Trójkąta, czyli miejsca, gdzie Tajlandia, Laos i Birma spotykają się nad rzeką Mekong. Zostałyśmy zmuszone do skorzystania z wyjazdu zorganizowanego, ponieważ już sama jazda w jedną stronę zajmowała kilka godzin (cała podróż zajęła 14 godzin). W planie zwiedzania miałyśmy:

  • Hot springs – na postoju były dosłownie dwie małe dziury w ziemi, które od biedy mogły udawać źródła? Za to najbardziej pamiętam ślicznego, czarnego kotka łasego na pieszczoty, który towarzyszył nam podczas przerwy w jeździe.

 

 

  • White Temple – znana na całym świecie Biała Świątynia powstaje od ponad 20 lat. Finansowana i tworzona jest przez tajskiego artystę, który pragnie zostawić coś potomności. Z daleka bardzo mi się podobała, choć z bliska w środku wielkiego efektu WOW na mnie nie zrobiła.

 

 

  • Golden Triangle – przyjemnie płynęło się statkiem po Mekongu, aby przedostać się na teren Laosu i wizyta na tamtejszym bazarze. Laoskie whiskey to niezapomniany widok – zanurzone węże, jaszczurki, żółw… Najmniej odpychający był korzeń żeń-szenia ? Choć o dziwo, nie było żadnego chętnego, aby spróbować za darmo tych „pyszności”.

 

 

  • Mae Sai – miasteczko graniczące z Birmą i kolejne stragany z pamiątkami.
  • Padaung – dla turystów miejsce, w którym można spotkać plemię długich szyj Karen. Miałam okazję pozować w ½ obręczy i przyznam szczerze, że są strasznie ciężkie, więc co dopiero mówić o pełnym rynsztunku noszonym od najmłodszych lat. Jedna z mieszkanek na swojej szyi miała ciężar 7 kg. Niesamowite.

 

 

Jak można podsumować pobyt w Chiang Mai? Zobaczyłyśmy i zrobiłyśmy milion dwieście rzeczy w krótkim czasie 🙂 Po prostu girls’ power ?

 

 

zdjęcia: archiwum własne

Zapraszam do zobaczenia galerii zdjęć na moim Instagramie.

 

Zobacz także:

Bahamy – w raju też pada

Nepal – wiosenny trekking masywem Annapurny cz.1

Tajlandia – azjatycki backpacking cz. 1

Tajlandia – azjatycki backpacking cz. 3

Dubaj – perła Bliskiego Wschodu