KANCHANABURI

 

 

Po powrocie do Bangkoku wyruszyłyśmy na kolejną wycieczkę zorganizowaną – tym razem do Kanchanaburi. Obiecałam sobie, że to już był naprawdę ostatni wyjazd zorganizowany przez jakiekolwiek biuro w moim życiu. Never again! Na obu wycieczkach strasznie się umęczyłyśmy, ponieważ wożono nas z miejsca na miejsce, po dojechaniu na które, zawsze padały słowa „no to teraz macie 30 minut i można się przejść po okolicy”.

Ten wyjazd nie różnił się zbytnio od poprzedniego. Nie do końca nam również chodziło o niektóre lokalizacje, do których byłyśmy zawiezione. Zupełnie inną informację dostałyśmy w biurze turystycznym (tak, tak, oczywiście tam pojedziecie. No problem), a lądowałyśmy gdzie indziej. Przewodnik też się nie popisał – trudno było zrozumieć ten jego łamany angielski, a do tego praktycznie w ogóle się nie zajmował grupą.

Widziałam na Internecie piękne krajobrazy i wodospady, a podczas tego wyjazdu zawieziono nas pod mały wodospad Saiyoknoi (dobrze, że w Chiang Mai podczas trekkingu widziałyśmy ładniejszy, więc był dowód na to, że w Tajlandii fajne miejsca są dostępne ? Tutaj „trekking” polegał na przejściu kilku schodków ? ). Spływ tratwą po rzece może zajął 20 minut max i to wliczając czas potrzebny na usadowienie się na niej 🙂

 

 

Największą traumę przeżyłam w wiosce słoni, kończącej spływ tratwą. Wsadzono nas na biedne zwierzę, z którego chciałyśmy momentalnie zsiąść. Widok grubego łańcucha na jego szyi jeszcze bardziej spotęgował tę chęć. Niestety poganiacz ruszył na przejażdżkę z nadzieją, że jednak zmienimy zdanie i uda mu się na nas zarobić. Poganiacz-kierowca (zwał jak zwał) proponował nam za opłatą sesję na słoniu (odmówiłyśmy), potem jakąś pamiątkę, zdjęcia… a na końcu poprosił o kasę, bo słoń lubi gotówkę!!! Autentyczne słowa! Chciałyśmy naszemu słonikowi kupić banany i go nakarmić, ale Taj nie dał nam szansy. Odjechał obrażony z kolejnymi turystami bardziej skłonnymi do płacenia ? Smutne, ale prawdziwe. Ta wioska była idealnym przykładem wykorzystywania tych pięknych zwierząt do pracy. Istna linia produkcyjna w fabryce – jedni turyści zsiadali, a kolejnych już sadzano na to samo zwierzę…

 

 

Jednak niecała wycieczka była rozczarowująca. Z całej wyprawy najlepiej wyszła sesja zdjęciowa na moście i przejażdżka pociągiem wzdłuż rzeki Kwai (budowany w czasie II wojny światowej przez jeńców wojennych – cmentarz ofiar też odwiedziliśmy w drodze powrotnej do Bangkoku).

 

 

Dzień zakończyłyśmy na nocnym zwiedzaniu miasta (udało się kupić mapę, więc miałam 100% pewność, że wreszcie dotrzemy tam, gdzie chcemy, bo ja i mapa to jedność :)) i pysznej rybie na kolację. Po prostu rozpływała się w ustach 🙂

 

 

PATTHAYA

 

W czwartkowy poranek wymeldowałyśmy się z naszego hotelu i pojechałyśmy na dworzec autobusowy, aby autokarem przetransportować się do Patthaya – nadmorskiego kurortu, w którym planowałyśmy spędzić ostatnie dni. Oczywiście znowu z przygodami, bo jakże by mogło być inaczej 🙂

Po dotarciu na miejsce okazało się, że w różnych częściach miasta są ulice o takiej samej nazwie i padło pytanie, o którą nam dokładnie chodzi. Jednak GPS to jest super urządzenie, bardzo użyteczne, a tutaj niestety byłyśmy go pozbawione. Człowiek szybko przyzwyczaja się do wygód dnia codziennego 🙂

Zaczęłam holować zmęczoną przyjaciółkę w kierunku, o którym myślałam, że powinnyśmy się udać. I miałam rację, choć spacer z plecakami w upale nie należał do najprzyjemniejszych. Jednak warto było, bo po ostatnich przeżyciach noclegowych okazało się, że trafiłyśmy do raju ? Hotel był dopiero co oddany do użytku, więc wszystko praktycznie nowe. I jak się okazało, lokalizacja fajna, bo niedaleko był przystanek tuk-tuków.

 

 

Po chwili odpoczynku ruszyłyśmy na zwiedzanie miasta. I znów zmrok nas zastał w środku wspinaczki w poszukiwaniu posągu Buddhy, który miał się znajdować na wzgórzu. Taka była teoria, ale do dzisiaj nie jestem pewna, czy odkryte przez nas posągi to było to, czy nie to. Za to mogłyśmy się przekonać, że skutery wcale nie są 2-osobowe 🙂 Bardzo miła Tajka zwiozła nas ze szczytu, więc przejażdżka była 3-osobowa ? Ale pamiętam jeszcze większe zdziwienie, gdy któregoś poranka na skuterze poruszała się matka z trojgiem dzieci w drodze do szkoły. Bardzo pojemny środek transportu 🙂

 

 

Dzień później ruszyłyśmy w poszukiwaniu Pattaya Dolphine Park, gdzie miałyśmy okazję zobaczyć pokaz delfinów i popływać z nimi. I sprawdza się przysłowie – kto rano wstaje… Dobrze, że wyruszyłyśmy z samego rana w drogę, ponieważ dojazd był lekko utrudniony. Tuk-tuk dojeżdżał do skrzyżowania, a następnie trzeba było przejść ok. 4,5 km pieszo. Na szczęście ostatnie 2,5 km miałyśmy podwózkę – akurat rodzina dostawczyni ryb jechała do parku z dostawą i nas podrzucili 🙂 Tym samym byłyśmy jednymi z pierwszych odwiedzających i pływałyśmy z trzema delfinami same, na spokojnie, bez stresu. Miałyśmy bardzo dużo czasu na przebywanie z tymi pięknymi ssakami 🙂 Niesamowite wrażenie na mnie zrobiła ich skóra – taka delikatna. Nawet nie wiem, do czego można ją porównać…

 

 

Po tym cudownym przeżyciu postanowiłyśmy zmodyfikować trochę pierwotny plan, czyli południową wyprawę na plażę. Byłyśmy już poza miastem, niedaleko ogrodów Nong Nooch, gdzie oprócz śmiesznych figurek rozmieszczonych na terenie, można zobaczyć jedno z najlepszych w całym kraju przedstawienie kulturowe. I znów miałyśmy niesamowite szczęście. W teatrze było już pełno turystów czekających na spektakl, a wpadłyśmy jako jedne z ostatnich. Chciałyśmy usiąść w przejściu na dole widowni, ale pracownik usadowił nas praktycznie na wprost sceny 🙂 Dzięki temu wszystko było idealnie widać:)

 

 

Ostatni dzień naszego pobytu w Pattaya spędziłyśmy na plaży, która znajdowała się na wyspie koralowej Koh Lahn. Poprzedniego wieczoru sprawdziłyśmy najtańszy przejazd i zamiast 500 BTH/os (około 50zł), ponieważ tyle sobie liczono za przejażdżkę motorówką, zapłaciłyśmy 30 BTH/os wybierając trochę wolniejszą podróż statkiem 🙂 Nie ma to, jak sprawne i ekonomiczne podróżowanie. Kilka godzin pobytu na plaży zakończyło się lekkim zaczerwienieniem pleców i brzucha, ale na szczęście nie bolesnym. Tajlandza plaża została zaliczona 🙂

 

 

Koło 14:00 byłyśmy już z powrotem na kontynencie, aby wyruszyć w podróż powrotną do Bangkoku, skąd miałyśmy wylot wieczorem w niedzielę.

 

 

BANGKOK

 

 

Po przespanej nocy i zostawieniu bagaży w przechowalni hotelu, wyruszyłyśmy z samego rana na zwiedzanie najważniejszych atrakcji m.in.:

  • Pałac Królewski ze słynnym posągiem Szmaragdowego Buddhy

 

 

  • Wat Pho i 46 m posąg leżącego Buddy (Reclining Buddha)

 

 

  • Wat Arun, czyli Temple of Dawn – pagoda będąca symbolem miasta

 

 

Na koniec zdążyłyśmy przepłynąć łodzią po rzece, korzystając z transportu publicznego – 10 BHT/osoby, a nie 1700BHT, jak ma to miejsce przy korzystaniu z prywatnego przewoźnika. Ale różnica 🙂

Jedyne co nam później pozostało, to odebrać bagaże z przechowalni i udać się busikiem na lotnisko.

Tajlandzka przygoda dobiegła końca…

 

 

zdjęcia: archiwum własne

Zapraszam do zobaczenia galerii zdjęć na moim Instagramie.

 

Zobacz także:

Bahamy – w raju też pada

Nepal – wiosenny trekking masywem Annapurny cz.1

Tajlandia – azjatycki backpacking cz. 1

Dubaj – perła Bliskiego Wschodu